W życiu każdej matki przychodzi taki moment, kiedy następuje zderzenie oczekiwań dotyczących macierzyństwa z rzeczywistością. W moim przypadku tych zderzeń było już kilka, no bo w końcu dzieci rosną, rozwijają się, a więc też nasze zaangażowanie w opiekę nad nimi i jej forma ulegają zmianom.
 
Wbrew moim przewidywaniom początki okazały się nadzwyczaj proste. Przez pierwszy miesiąc życia Di, eM starał się jak najwięcej czasu spędzać z nami, co przy wolnym zawodzie nie stanowiło większego problemu. Noworodki większość czasu przesypiają. Di na szczęście nie była marudnym maluchem – płakała tylko kiedy była głodna, lub miała mokro. Można więc powiedzieć, że angażowała mnie co 3 godziny i to zaledwie na 30 minut. Z początku bardzo dużo wypoczywałam po operacji i “odbijałam” sobie nocne wstawanie. Był czas na domowe obowiązki i na przyjemności takie jak czytanie książek, czy siłownia.
Niestety po pierwszym zachwycie ilością wolnego czasu, nadszedł moment kiedy Di zaczęła raczkować, stawać i komunikować swoje rosnące potrzeby. Dla nas jako rodziców wymagało to przeorganizowania się i rezygnacji z części czasu, który spędzaliśmy na własnych przyjemnościach. Wciąż jednak byłam na urlopie macierzyńskim i to właśnie wtedy założyłam bloga. Bez większych trudności znajdowałam czas na pisanie 2-3 tekstów tygodniowo.
Największy szok przeżyłam jednak, kiedy Di skończyła rok, a ja wróciłam do pracy. Zmęczona godzinami spędzonymi w biurze, biegnę do żłobka. Pierwszy raz w ciągu dnia widzę Di o 17:00, ponieważ kiedy wychodzę rano z domu, ona wciąż jeszcze śpi (do żłobka odprowadza ją eM). Di zasypia o 21:00, dlatego w sumie mogę z nią spędzić zaledwie 4 godziny. Chciałabym, aby ten krótki czas był dla niej wartościowy i miły. Są jednak jeszcze obowiązki. Staram się włączać Di w prace domowe. Pomaga nam wieszać pranie, odkurzać, rozładowywać zmywarkę. Dajemy jej też proste zadania w kuchni. Di cieszy się kiedy może robić to co dorośli i myślę, że traktuje to jak zabawę.
Kiedy wreszcie zasypia ja jestem od ponad 15 godzin na nogach, najczęściej więc ledwo doczłapuję do łóżka. Nie mam siły na uprawianie sportu, czytanie książki, ani pisanie na blogu.
Zawsze uważałam się za Panią swojego czasu. Nagle jednak okazało się, że nie mam nad czym panować. Umiejętna selekcja i delegowanie stały się kluczowe. Jeśli mam tylko 4 godziny dziennie dla dziecka, to może warto zapłacić komuś za sprzątanie, ugotować niewyszukany obiad, abo mieć w zapasie zamrożonych kilka porcji i odpuścić sobie na jakiś czas pisanie bloga?
Ponownie stanęliśmy więc przed koniecznością redefinicji swoich priorytetów i na nowo układamy nasz tygodniowy grafik. Uważam bowiem, że nie może być tak, aby w ciągu doby człowiek nie miał czasu na swoje pasje i przyjemności. Kocham moje dziecko i chcę spędzić z nim tyle czasu ile jest możliwe, ale nie będzie to miło spędzony czas, jeśli będę zmęczona i sfrustrowana brakiem przestrzeni dla siebie. Nie chodzi bowiem o to, aby żyć życiem naszych dzieci, bo one kiedyś wyfruną z gniazda. Powinniśmy mieć swoje życie i zainteresowania, nie tylko dla własnej “higieny umysłowej”,ale również dlatego, żeby inspirować nasze dzieci.
Ostatnio w Wysokich Obcasach przeczytałam wywiad z Jennifer Senior – amerykańską dziennikarką i antropolożką. Twierdzi ona, że według najnowszych danych amerykańskie pracujące matki spędzają z dziećmi o kilka godzin tygodniowo więcej niż matki z lat 60, które zajmowały się domem na pełen etat. Brzmi to niedorzecznie, ale przecież wtedy w Stanach Zjednoczonych kobieta miała być przede wszystkim gospodynią domową – specjalistką od przyrządzania obiadów z trzech dań i ekspertkami od sprzątania. Dodatkowo często do pomocy miały nianie lub tzw. pomoc domową.
W tamtych czasach nie poświęcano dzieciom tyle uwagi. Bawiły się same lub z dziećmi sąsiadów. Wymagano od nich głównie grzecznego zachowania w towarzystwie.
Dzisiaj dziecko to cenny kapitał. Dzieci jest mało i często są bardzo wyczekiwane (późne ciąże, in-vitro). Współcześni rodzice nad porządek, czy domowy obiad przedkładają  więc zabawę z dzieckiem, często niestety kosztem czasu dla siebie.
Bombardowani reklamami, programami i serialami, w których patrzymy na idealne rodziny mieszkające w perfekcyjnych domach z dziećmi, które nigdy nie płaczą i nie marudzą możemy łatwo popaść w kompleksy i jeszcze bardziej zatracić się w pogoni za kreowanym przez media ideałem. Warto jednak zatrzymać się i zastanowić co liczy się dla MNIE. Jeśli chcesz dzisiaj poczytać książkę, to zrób to – na pewno zasłużyłaś na chwilę relaksu. I nawet jeśli przez to nie ugotujesz obiadu, to trudno – nic się przecież nie stanie jeśli raz na jakiś czas zjecie “kupne” pierogi. Ktoś ci mówi, że zmarnowałaś czas? A ja Ci odpowiem słowami Johna Lenona: “Jeśli marnowanie czasu daje Ci radość, to nie jest to czas zmarnowany”.
Źródło youtube.com:

 

Przeczytaj również

Tip Of The Month: Zoptymalizuj sen! Dzisiaj mam dla Ciebie praktyczną poradę: zoptymalizuj sen! Czy można zoptymalizować sen? Jak się okazuje - można! Każdy jest inny. Różnimy się stanem...
PIERWSZY RAZ TRWA NAJDŁUŻEJ   Uwielbiam robić coś po raz pierwszy. Jestem wtedy w 100% uważna i skupiona na nowym zadaniu. Wszystkiemu się przyglądam, chłonę i analizuję. Ki...
15 SKUTECZNYCH SPOSOBÓW NA POKONANIE PROKRASTYNACJ...   Prokrastynacja (z łac. procrastinatio) – pod tą enigmatyczna nazwą kryje się coś co zna każdy z nas, coś tak naturalnego jak oddychanie i powsz...
TIP OF THE MONTH: ZRÓB DOBRY UŻYTEK Z KALENDARZA   Zwykły kalendarz w swej prostocie jest genialnym i mega skutecznym narzędziem zarządzania sobą w czasie. Firmy prześcigają się w tworzeniu wymy...